©2026 Wszelkie prawa zastrzeżone
Małgorzata Maresz
Wszyscy pamiętamy matkę licealisty z serialu "Wojna domowa", która posługując się zwrotem "Matką jestem" jak taranem, przedziera się przez zamknięte drzwi, pilnujących porządku bramkarzy, tłum rozentuzjazmowanej młodzieży, by dotrzeć do niesfornego syna. To "matką jestem" w jej ustach brzmi twardo, nieustępliwie i jest źródłem komizmu tej sceny; wszyscy czują, że nie ma co dyskutować z kobietą, bo za matką stoi prawo, i już. Święte prawo.
W kobietach doznających przemocy od ojców swoich dzieci, poczucie tego prawa jest zachwiane przez działanie sprawców, a co gorsza, gdy usiłują go dochodzić, stają wobec muru niezrozumienia i wrogości. Odbieranie macierzyństwa należy do kanonu działań w repertuarze środków stosowanych przez mężczyzn znęcających się nad kobietami. Społeczne przyzwyczajenia, stereotypy, którymi obarczone są osoby reprezentujące instytucje, wygodnictwo i obawa świadków przemocy to instrumenty, którymi sprawcy posługują się z wprawą wirtuoza. Nie mówimy tu o ojcach, którzy biją nie tylko matkę, ale i dzieci, poniżają je, odmawiają im utrzymania i podstawowej opieki. W takich wypadkach kobieta łatwiej znajdzie pomoc - jeśli jej poszuka. Mówimy o sprawcach przemocy, którzy odgrywając rolę dobrego ojca, w rzeczywistości posługują się najokrutniejszym narzędziem przemocy psychicznej, jakiego można użyć wobec matki - dyskredytacją jej macierzyństwa.
Jeżeli kobietę spotkało coś strasznego ze strony człowieka, któremu zaufała jak nigdy nikomu, chce uciec i zapomnieć o tym jak najprędzej. Jednocześnie chce okazać się wielkoduszną, aby nikt nie zarzucił jej, że jest winna złu, które jej wyrządził. Chce się pokazać z jak najlepszej strony. Wstydzi się, że jest ofiarą, chce ocalić resztki godności. Jeżeli ma z tym człowiekiem dzieci, chce je obronić przed przemocą, płacąc wysoką cenę.
Jest kilka schematów rozpaczliwej obrony przez matki-ofiary przemocy swej godności, dzieci i macierzyństwa, które zwykle prowadzą do porażki.
Jeżeli ojciec nie podnosi na dzieci ręki, a przeciwnie, potrafi okazywać im swoje względy, kobieta może w strategii obrony dziecka przed przemocą:
Doskonałym narzędziem do tego, gdy chodzi o malucha, jest przedszkole. Na początek mężczyzna "urabia" sobie panie przedszkolanki, zawsze skłonne do zachwytów nad ojcem interesującym się dzieckiem, co, niestety, nieczęsto się u nas zdarza. Potem robi takie "numery": umawia się z matką, że odbierze dziecko, ale nie zgłasza się. Paniom, które do niego dzwonią, mówi ze zdziwieniem, że dzisiaj dziecko odbiera matka. Panie dzwonią więc do niej. Po kilku takich zdarzeniach mają już o matce wyrobioną opinię i są gotowe zeznawać w sądzie, że jest nieodpowiedzialna. Czasem mu to nie wystarcza, więc jedzie po dziecko zaraz po leżakowaniu i dzwoni do matki: "Wziąłem Kubusia i poszliśmy na zakupy". Jeżeli matka jest czujna i zadzwoni przed wyjściem z pracy do przedszkola, może ze zdumieniem dowiedzieć się, że chłopiec jest, bo tata "odstawił" go piętnaście minut temu, licząc na to, że zrobi z matki wydrę, pozostawiającą dziecko przyklejone do szyby w daremnym oczekiwaniu na mamusię.
Osobnym terenem podatnym na manipulacje sprawcy jest szkoła. Ojciec jest tam rzadkim gościem, więc z jednej strony ceni się jego obecność, jeśli zgłasza chęć współpracy, ale jeśli jest rodzicem problemowym, unika się go jak ognia. Nauczyciele (czyt. nauczycielki) rzadko kiedy posiadają umiejętność dobrej komunikacji z rodzicami dzieci sprawiających kłopot, i nie mają zwyczaju w takich przypadkach wzywać ojca. Najwyraźniej widać to podczas warsztatów na temat radzenia sobie z przemocą, jakie wielokrotnie miałam okazję prowadzić z nauczycielkami i paniami pedagog. Gdy przychodziło do odegrania rozmowy z ojcem (zwykle odgrywali go uczestniczący w warsztacie policjanci), panie nie potrafiły nawiązać rzeczowej rozmowy, stanowczo, grzecznie i jasno przedstawić problem, spróbować pozyskać ojca do pomocy w rozwiązaniu sytuacji ucznia. Przy pierwszej próbie zniecierpliwienia, zbycia wychowawczyni brakiem czasu czy przerzuceniem obowiązków na żonę, wycofywały się spłoszone lub zachowywały się napastliwie, niwecząc nadzieję na współpracę.
Mamy dwa typy scenariuszy, które aż nazbyt często się spełniają:
Szczególną perfidią potrafią wykazać się mężczyźni-sprawcy przemocy, którzy porzucili żonę z małym dzieckiem dla nowej partnerki i usiłują poprawić sobie samopoczucie, przerzucając na żonę winę za to, co się stało. Udowodnienie, że jest złą matką, to wskazanie przyczyny popełnienia zdrady. Zła matka - to kiepska żona. Najlepiej wykazać to wyprowadzając ją z równowagi. Oprócz gamy tricków z przedszkolem, "były" chwyta się drobnych złośliwości, np. przy okazji odwiedzin potomka "zwędzi" cichcem palniki kuchenki gazowej, żeby pozbawić domowników ciepłych posiłków albo zadręcza pogróżkami telefonicznymi. Jednak kluczowym pociągnięciem jest przedstawienie dziecku aktualnej partnerki jako "nowej, lepszej mamusi". Gdy rozgoryczona matka opowiada o tym np. kuratorowi sądowemu, często słyszy: "Co pani chce, on stara się, żeby dziecko czuło się jak w rodzinie".
Trzeba zadać sobie podstawowe pytanie, gdzie powinna się kończyć owa "dobra wola", dzięki której matki chcą odciąć się od przemocy stosowanej przez ojca dziecka, bez skazy na własnej reputacji. Ta przemożna dążność do oczyszczenia się z podejrzeń o złą wolę, często odbywa się kosztem dzieci. Matki narażają je na uraźliwe kontakty z ojcem, nie dając im oparcia nawet w przypadku, gdy one otwarcie tych kontaktów nie chcą. Mówią przy tym, jak pewna mama 4-latki "udostępniając" dziecko ojcu pijakowi: "Anetka umie sobie z ojcem radzić", i nie myśli o tym, że przecież ona sama sobie z nim nie poradziła.
Unikając oporu, ustępując pola ojcu, kobiety popełniają wobec dziecka zdradę. Bo wobec ojca-sprawcy przemocy nie ma innego wyjścia, jak twarde powiedzenie: "Matką jestem - i nie pozwolę" - taka postawa, nawet po początkowym zdziwieniu i oporach otoczenia, w końcu wzbudza respekt.